wtorek, 15 września 2015

Niesamowite doznania


Pewnego razu było strasznie nudno. Upał walił drzwiami i oknami - jak wściekły - i człekowi odechciewało się wszystkiego. Najchętniej nie ruszałby się z łóżka. 
Ale głód zwyciężył lenistwo.
Wstałem, otworzyłem drzwi pokoju i wpadłem do teleportu…

Wypluło mnie wprost na grzbiet wierzchowca - w samych tylko bokserkach - pędziłem wprost na lance jakiegoś rycerza bez jakiejkolwiek broni…

 Tylko jedno wyjście mi pozostało: balansowanie ciałem, jak cyrkowiec - kaskader. Jak na pierwszy raz poszło mi uważam, całkiem nie źle. Dostałem gromkie brawa, a nawet owacje na stojąco od publiczności. 
Kontratak: Przeciwnik z lancą wycelowaną wprost na mój żołądek gnał jak szalony. I tym razem jednak wyszedłem bez szwanku: tym razem położyłem się na koniu i znów uniknąłem lancy przeciwnika. 
Za którymś razem mój przeciwnik nie wytrzymał tego napięcia i ciągłych niudanych na mnie ataków i zsunął się po grzbiecie konia. 
Publiczność oszalała! Przez trybuny przelała się nie jedna Meksykańska fala. 
Uciszył ją jednak król - organizator całej zabawy - Ludu Grambinad! Oto zwycięsca zawodów! - powiedział. Bębny zagrały melodyjkę. - Wielmożny Rycerzu! Jako zwycięsca, otrzymujesz połowę królestwa i rękę pięknej księżniczki!
Królestwo jeszcze zrozumiałem, ale na ch… mi ręka księżniczki?

Na szczęście znów pojawił się teleport, który teleportował mnie spowrotem do mojego pokoju. Zapomniałem o głodzie i wszystko streściłem Rodzince. Oni zinterpretowali to jako "sen". Być może to był sen, a może to była jawa? :o